No to czas na moją historię. Od zawsze mam problem z wagą (celowo używałam czasu teraźniejszego). Zawsze byłam ta grubsza. Ale w 2013 jakoś udało mi się schudnąć i wyglądałam całkiem nieźle. Schudłam wtedy chyba 25 kg.

Ale moje choroby i lenistwo mnie dopadły. Niedoczynność tarczycy (Hashimoto) i cukrzyca typu 1 pokazały, że wystarczy chwila „zapomnienia” i waga wróci jak bumerang. I tak trwałam przez 2 lata zapominając o tym, że jedzenie 3 x w tygodniu fastfoodów sprawi, że mój brzuszek będzie coraz to większy. Stop. Brzuchol. Nie brzuch i nie brzuszek.

W październiku 2015 udałam się do dietetyka. To nie był mój pierwszy raz, ale z poprzednią babką kompletnie się nie dopasowałyśmy (A z dietetykiem trzeba, podobnie jak z psychologiem). Z wagą 97 kg (mam 173 cm wzrostu). Popróbowałyśmy różne menu, jadłospisy, jakoś średnio mi się to wtedy udało połączyć z remontowanym mieszkaniem i codziennym lataniem po sklepach po pracy. Po prostu z jednej strony nie chciało mi się gotować 3 posiłków do pudełek, a z drugiej rzeczywiście czasu było mało. No to olałam temat.

W kwietniu wróciłam do dietetyczki już ze 103 kg. Miałam fatalne TSH, które nie pomagało. Nie ma w końcu nic tak mobilizującego, jak każdy głupi kilogram mniej. U mnie tego nie było. Dieta po prostu nie przynosiła efektów.

W lipcu doszedł basen. Codziennie rano. Jakieś 20-25 razy w miesiącu. Nic. Efektu zero. Zrobiłyśmy testy na nietolerancje pokarmowe. Wyszło tego dość dużo – niby mała, ale jednak nietolerancja na pszenicę, żyto, mleko, produkty mleczne, soję, marchewkę, strączki, większość orzechów i średnia na jajka. Trochę mnie to przeraziło. Bo to było większość rzeczy, które jadłam. Dobrze, że zostało mi mięso. No ale pojawiły się kolejne jadłospisy wykluczające te pokarmy.

Tyję. Tyję uważając na to, co jem. Mam już naprawdę ogromną świadomość swojego organizmu, zdrowego odżywiania i diety. Razem z dietetyczką próbujemy czegoś nowego.

Jest wrzesień 2016. Moja waga to już 111 kg. Zaczynam się przerażać. Nigdy nie ważyłam tak dużo. Gdzieś wyczytuję o diecie Low Carb. Myślę sobie – why not – spróbuję. W końcu mam tak dużo do stracenia. 35 kg jak nic. Idę do dietetyczki z myślą, że będzie mi tę dietę próbowała wybić z głowy. Nie wybija. Okazuje się, że chciała zaproponować to samo – dowodem są notatki dotyczące zawartości węglowodanów w poszczególnych produktach – spisane na kartce leżącej na biurku.

Próbujemy. Wkręcam się w tę dietę. Czytam wszystko na jej temat, gdzie się da. Po 3 tygodniach mam 4 kg mniej. To dla mnie ogromny sukces! Zdaję sobie sprawę, że tyle chudnie osoba zdrowa na normalnej diecie niskokalorycznej. Ale ja nie jestem zdrowa. Wcześniej, jakby cały świat chciał mi pokazać „nie schudniesz i ch…”. Udowadniam światu, że się da.

W międzyczasie słyszę w telewizji mnóstwo bzdur na temat diety redukcyjnej, przeglądam niektóre portale, które piszą jeszcze większe głupoty.

A moja świadomość cały czas rośnie. Stąd pomysł na ten blog. Może będziesz chciał się odchudzać razem ze mną. Jestem dla siebie królikiem doświadczalnym.

Podziałajmy razem.